Dla tych, co to nie wiedzą, "human gap" to niekompatybilność człowieka z technolohgią. Np. ktoś, kto teraz ma 70 lat, ma ogromne problemy z nauczeniem się korzystania z najprostszego nawet telefonu komórkowego.
W moim przypadku jest to związane z komputerem.
Nie to, żebym nie umiał się nim posługiwać. Umiem coś tam ściągnąć z sieci, maila wysłać, a nawet coś naprawić, jak się spierdoli. Chodzi o coś innego, do czego długo nie umiałem się przed sobą przyznać.
Otóż jestem analfabetą internetowym. Może nie kompletnym, o czym świadczy umiejętność prowadzenia tegoż bloga, ale mam poważne braki. HTML-a nie kojarzę ni w ząb, umiem jedynie tekst pogrubić i linka wkleić. Jednak zrobienie najprostszego elementu grafiki to dla mnie czarna magia, nastręczająca podobne trudności jak znalezienie kamienia filozoficznego.
Ignorancja ma wyszła na jaw w miejscu pracy. Naprawdę jest mi głupio patrzeć, jak koledzy śmigają w HTML-u, biegle znają się na naszym systemie wewnętrznym, w którym ja właściwie dopiero raczkuję. Boję się, że nie będę w stanie tego przyswoić, bo wchodzi mi to strasznie opornie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jest to niezły gąszcz, ale w końcu taką mam robotę i powinienem ją umieć wykonać.
A wczoraj spanikowałem. Po kilku godzinach nieudanych prób wykonania tego i owego byłem skrajnie wyczerpany nerwowo i kiedy nadarzyła się pierwsza okazja, po prostu uciekłem. Naprawdę chciałbym to umieć, ale po prostu jest mi trudno się tego nauczyć, bo raz, że nigdy tego nie robiłem, a dwa, że próby nauczenia mnie czegoś takiego można porównać z uczeniem świni mówić po chińsku (BTW: Szczęśliwego Roku Świni!).
No. Przyjdzie mi chyba szukać nowej pracy niedługo...
Motto:
same old boring Sunday morning 2007-02-22 12:27:30 skomentuj (3)
Still Alive?
Zajrzałem na bloga po kilku miesiącach nieobecności i - o dziwo - on wciąż istnieje!
Trzeba będzie coś napisać niedługo, bo się zaniedbałem blogowo. Wiem, że to kolejna taka zapowiedź, ale może akurat teraz się uda.
Motto (odkąd pojawił się tzw. ''jutob'' czasami będzie właśnie takie):
same old boring Sunday morning 2007-02-10 12:43:35 skomentuj (2)
Telegraph Road
No więc w telegraficznym skrócie:
- pracuję jako dziennikarz, a raczej redaktor sportowy. Zajebista sprawa, chociaż mogłoby być lepiej. Ale jest dobrze,
- od 27.06 mam stopień magazyniera,
- przenoszę się raczej na powrót do Warszawy. No, to jest przejebane, ale niestety inaczej się nie da...
-zamierzam znowu grać na gicie! Hehehehej!
- dziś piszę z Lublina - ostatni raz byłem tu 19.06,
- tęsknię za mą Gwiazdeczką, co pojechała pracować zum Scotland...
To by było na tyle w skrócie telegraficznym. Nie śpię, jem, pracuję, prowadzę może nie ożywione życie towarzyskie, ale samochód a i owszem.
I jeszcze jedno. Jak to jest, że każde piwo, które piję w Warszawie, jest tak chujowe? Czy to Królewskie, czy to Żywiec - smakuje jak cierpkie szczyny. Chyba się utwierdzę w moim przekonaniu, że Perła rządzi.
Motto:
"I can't sleep 'cos my bed's on fire
C'mon, honey, I'm a real live wire"
(Talking Heads - "Psychokiller") same old boring Sunday morning 2006-07-12 17:49:40 skomentuj (1)
Shut Up And Drive
Świąteczna wizyta u dziadków w mieście powiatowym H. na wschodnich rubieżach naszego pięknego kraju nie nastroiła mnie jakoś świątecznie. Ani się nie przeżarłem, ani nie napiłem z dziadkiem, ani ulubiony wujek nie przyjechał... Ale było miło. Żadnych kłótni rodzinnych tym razem, mało gadek o polityce, co zakrawa na cud. Uszliśmy ze zdobyczą w postaci (PADNIJ) legendarnego Czarnego Placka (POWSTAŃ) oraz (PADNIJ, PADNIJ, PADNIJ!!!) Ciastek z Różą (POWSTAŃ). Herbata na Kresach Wschodnich smakuje jak nigdy indziej, a powietrze jest jakby czystsze i bardziej da się oddychać. Niestety, ze względu na tą czystość powietrza gros wizyty przespałem, bo jakoś mi się tak po śniadaniu wielkanocnym sennie zrobiło...Ogólnie rzecz biorąc, miło. A jutro jeszcze lepiej - grill party w naszej knajpie! Hura!
Sennie na wyjeździe mogło mi się zrobić również z powodu takiego, że wstałem o siódmej rano po całkiem udanej imprezie, którą to niestety przedwcześnie musiałem opuścić. Impreza plenerowa na terenie miasta rozpoczęła się ogniskiem. Oczywiście zaraz przyjechały mendy, kazały zgasić, przestać pić i iść na łąki. No cóż, nie ma to jak ognisko na osiedlu... Na łąkach jakoś się nam nie spodobało (zimno jakoś, ciemno i chrustu coś nie ma), więc większość załadowała się w autobus (który dzięki temu przez dwa przystanki zyskał miano "wesołego autobusu") i pojechała na kolejne miejsce postoju - do garażu jednego z kolegów. W garażu też nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo gospodarz stwierdził, że za dużo nas tu (było koło 30), więc przenieśliśmy się na zewnątrz - koło garażów, z widokiem na jedną z większych ulic dzielnicy. Kolega solenizant przyszedł ze swoim amstaffem. Po chwili przytelepała się grupka kolegów z przeciwległego osiedla, z których jeden też z psem. Psy, jak to psy - zaczęły się gryźć. Trwało to może ze 30 sekund. Po kilku minutach solenizant (wszystkiego najlepszego, Kuba!) stwierdził, że odprowadzi psa do domu. Jak poszedł, tak zniknął. Po kilkudziesięciu minutach, które spędzaliśmy na rozmowach, piciu i śpiewie (ale wcale niegłośnym) zauważyliśmy lodówę, jadącą ulicą obok nas. Najpierw podniosłem alarm, ale okazało się, że przejechałe. Kolega stwierdził, że nie ma czym się przejmować. Oczywiście gliniarze podeszli nas znienacka, zajeżdżając od drugiej strony. "No, to ładnie" - myślę sobie. Było dwóch: dobry glina, który spisywał akurat mnie z kolegami, śmiał się i żartował razem z nami, oraz zły glina, który miał ambicję rozstawiania wszystkich po kątach i sypał czerstwymi odzywkami rodem z ery MO i SB. Opcja dobrego gliniarza wygrała, więc rozeszliśmy się wszyscy w spokoju, niektórzy kontynuować imprezę (zwłaszcza, że zaraz po wizycie panów psów zjawił się solenizant).
Ale to wszystko nieważne. Ważne jest jedno. Niniejszym przedstawiam dialog miesiąca:
Dobry Glina: - Stać! Dokumenty państwa poprosimy. Nie macie gdzie pić, tylko pod garażami?
My: (pomruk dezaprobaty)
Zły Glina: - Spokój mi tu! Wszyscy pod ściany!
Dobry Glina: - Dobra. Podawajcie dane i wio do domu. Macie telefony? Dajcie, sprawdzimy, czy nie kradzione.
My: - Ale tak właściwie to o co chodzi?
Dobry Glina: - Ludzie dzwonili, że organizujecie tu nielegalne walki psów.
Zanim nas spisali, popłakaliśmy się ze śmiechu.
Motto:
"Who let the dogs out?
WHO? WHO? WHO? WHO?"
(Anselm Douglas - "Who Let The Dogs Out?")
Aha. Bardzo bym prosił moją Gwiazdeczkę Shakirę o szybszy powrót z tej Kolumbii, bo cni mi się tu bez niej... same old boring Sunday morning 2006-04-16 22:54:56 skomentuj (0)
Easy Living
Cóż, proszę Państwa. Jest bardzo pięknie ostatniemi czasy. Jestem zakochany z wzajemnością, coraz lepiej mi się gra na basówce, spotykam się z przyjaciółmi, jakby częściej wychodzę na imprezy alkoholowe...Bardzo jest miło.
Co ważne - zakończyłem już pisanie wersji beta mojej magisterki. 192 strony mi wyszło. Sporo. Oby się przyjęło.
Ostatnio moją głowę zaprząta również konieczność sformatowania dysku C: i osadzenia na nim ponownie systemu Windows, bo ten mam już chyba ponad dwa lata i jakoś mi się krzaczy.
Większe zmartwienia? Odkąd Milan pojechał Bayern 4 do 1, to raczej nie. Żyję spokojnie i przeraża mnie tylko myśl o konieczności umycia samochodu, który ostatni raz został umyty w listopadzie 2005 i wygląda jak przysłowiowe nieboskie stworzenie. Ale to może jak się błoto skończy...
Life is peachy, normalnie proszę Państwa.
Motto: (dziś niewerbalne)
Liquid Tension Experiment - "Universal Mind" same old boring Sunday morning 2006-03-25 11:47:42 skomentuj (6)
Loose Nut
Nadal w temacie pewnego waszyngtońskiego krzykacza. Otóż znalazłem zdjęcie, którym muszę się podzielić, bo jest świetne i w pewien sposób przekomiczne zarazem.
Motto:
"Will you still need me
Will you still feed me
When I'm sixty-four"
(The Beatles - "When I'm Sixty-Four") same old boring Sunday morning 2006-02-27 17:53:13 skomentuj (2)
To ich marzenia, haha, urojenia
Będzie to notka autoprezentacyjna.